..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Menu

   » Recenzje

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

Tornado^3



Będzie bez żadnych przydługich wstępów, bo do napisania trochę jest, a ważne jest to, co tam się działo. Na początek: jeśli miałbym skomentować Tornado jednym słowem to ograniczyłbym się do ZAJEBIŚCIE. I tylko tyle. Atmosfera, ludzie - to były czary. Nie wiem jakie mroczne rytuały Kuglarz odprawił, że było tak świetnie. W ciągu kilku godzin ludzie zaczęli nadawać na tych samych falach. Można było jechać tam samemu i nie znając nikogo, a i tak bawiłoby się odjazdowo. Ale przejdźmy do rzeczy.
Pogoda: w kratkę. Albo upał albo deszcz. Albo miało się ochotę wskoczyć do jakiegoś bajora albo założyć kalosze i porządny płaszczyk z ortalionu. Ale to jedyny minus tego konu.
Program i organizacja: dobrze wypełniony i rozłożony. Nie było nudno, każdy mógł wybrać coś dla siebie. Jak nie prelekcja to konkurs, turniej albo LARP. Zaplecze logistyczne (czyli piwko) było tanie i dobre było gdzie odpocząć i podyskutować w miłym towarzystwie.
Ludzie i atmosfera: coś wspaniałego, czemu na każdym konwencie tak nie jest?!
Zaplecze: Ochrona nie była potrzebna, co innego sanitariusze - Ci to mieli roboty (3 skręcone kostki + cała masa skaleczeń i siniaków), jednak podołali zadaniu. Byli świetnie przygotowani i wyposażeni, więc o swoje zdrowie nie trzeba się było martwić.
Terenówka: FULL WYPAS!!! Ale o tym zaraz w szczegółowej relacji...

No a teraz mięcho, czyli relacja dzień po dniu oczami Dibblera

D-Day, czyli dzień pierwszy:
Po stanowczo zbyt długiej podróży naszymi ukochanymi liniami kolejowymi (Bóg stworzył PKP, by zahartować Polaków - zapamiętajcie moje słowa!) wylądowaliśmy wreszcie w Czyżowicach. Tak, wylądowaliśmy, ponieważ w pociągu z Katowic do Czyżowic namierzyłem jednego z konwentowiczów (pozdrawiam Meppo!), co oboje uznaliśmy za dobry znak. Ze stacji na miejscówe miało być blisko, ale po wypytaniu mieszkańców okazało się, że mamy do przejścia jeszcze ponad 2 kilometry z bagażami i w słońcu. Dla nas Godzina H zapowiadała się morderczym marszem, ale przyjęliśmy to z pokorą jako dumni i nieustraszeni żołnierze posterunku. Szeregowy Meppo! Baaaaczność! Naprzód marsz!
Nasz forsowny marsz trwał krótko, na szczęście, bo na horyzoncie pojawił się pędzący w naszą stronę kuglarzowy maluch. YeaH! W pierwszym kursie zgarnął nasze rzeczy, a w drugim nas samych. W ten sposób bardzo szybko pojawiliśmy się na akredytacji i dostaliśmy ładne plakietki uczestników Tornado. Przywitałem się z Ezekielem i wspólnie zabraliśmy się do rozbijania mojego 4-osobowego Hiltona. W dwójkę niemrawo nam to szło (bo jeszcze wiater pizgał niemiłosiernie) i tutaj okazało się, jacy ludzie są na Tornado: zaraz przyszli nam z pomocą Drozdek i Kiślu (także pozdrawiam chłopaki!).
Z namiotem zdążyliśmy na czas: właśnie rozpoczęła się odprawa żołnierzy 6 Kompanii Zmechanizowanej Posterunku. Zostałem sierżantem i zastępcą dowódcy w I drużynie II plutonu. Ogólnie to były 4 drużyny w dwóch plutonach, łącznie 40-50 szeregowych i oficerów. Otrzymaliśmy sprzęt (czyli kartoniki z pieczątkami Nostromo i napisami, np.: M4A1 albo Granat, etc.), a ja poznałem swojego dowódcę i żołnierzy. Moja drużyna okazała się najmniejszą: porucznik, ja, kapral Kiciak oraz pięciu szeregowych w tym medyczka. Niestety Panna Samo Zło (czyli medyczka:) olała całą terenówkę i pilnowała Jednostki Taktycznej Zaplecza Logistycznego o kryptonimie roll-bar; (JTZL „roll-bar” - dla tych mniej rozgarniętych, beczka z piwem na kółkach). Z miejsca dostaliśmy służbę wartowniczą, a pozostałe 3 drużyny wyszły do lasu (o sorry... chciałem powiedzieć Neodżungli). Po pełnym poświęcenia czuwaniu przy JTZL „roll-bar” także i my mieliśmy okazję pójść na patrol - nic szczególnego się nie działo, ale poznaliśmy deczko teren przyszłych walk o Roswell. Wieczorkiem, po służbie ja i Ezekiel integrowaliśmy się z resztą konwentowiczów w Sztabie (czyli miejscowym pubie).

Pierwsze starcie, czyli dzień drugi:
Tutaj muszę się pochwalić, bo nielichy zaszczyt mnie kopnął: na apelu porannym zostałem awansowany na porucznika i dowódcę drużyny! HA! Sam major Blacha docenił moją pełną poświęcenia i odwagi służbę wartowniczą przy JTZL „roll-bar”. Porucznik Baldi został przeniesiony do drużyny „techników”, a my dostaliśmy medyka. Jak się później okazało medyk wykazał się brakiem dyscypliny i został rozstrzelany. W sumie to i tak nie przypadł mi do gustu. Jakieś fatum prześladowało medyków tej drużyny, nie ma co.
Oczywiście znowu służba wartownicza, pilnujemy obozu - pół dnia łoiliśmy bronki, aż jedna z drużyn nas zluzowała i poszliśmy na patrol (bo ile można pić? Już nam się nudziło). Patrol okazał się tragiczny dla kaprala Kiciaka - wpadliśmy na 5 maszyn Molocha, przesrane. Szedł z nami kapitan Yendrek - dowódca plutonu, więc on dowodził w pierwszej fazie starcie.
Tutaj może mała dygresja: mechanika walki opierała się na dość skomplikowanym systemie tur i aktywacji w tychże turach. Jak się nad tym systemem zastanowić to jest dobry i sprawiedliwy, ale... nużąco długi. To jedyny minus tej terenówki, ale za to duży. Jak się zaczynała walka to wszyscy sobie siadali, gadali, wyciągali fajki i od czasu do czasu oddawali strzał, albo przesuwali się o kilka kroków. Na szczęście później MG postarali się, żeby było bardzie emocjonująco.
W sumie to patrol skończył się jedną ofiarą śmiertelną, a ja i kapitan odnieśliśmy ciężkie rany, właściwie powinienem być martwy gdyby nie drużyna II z I plutonu (szczególne podziękowania dla Duke'a i Gharta), która przyszła nam z odsieczą. Ciężko było, uff.
Ale to nie koniec atrakcji tego dnia. Na apelu popołudniowym spadł na nas granat... 2 pieprzone mutki przyczaiły się w krzakach. I powiedzcie mi, czemu akurat ten granat spadł prosto pod nogi mojej drużyny?! Nie dość, że i tak już miałem tylko trzech ludzi to do tego wszyscy byli ranni. Masakra. Ale zastrzeliłem granatnika, więc poczułem się lepiej...
Wieczorem znowu mieliśmy wyjście do Neodżungli (tzw. event) na ładną wstawkę fabularną. Misję spieprzyliśmy, ale dowiedzieliśmy się później, że tak miało być... fajnie, my się staramy, a MG i tak nas udupią... na szczęście wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy i mieliśmy przednią zabawę.
Noc... integracje i warta przy JTZL „roll-bar”.

Dibbler's Squad vs Predator, czyli dzień trzeci:
No tak, standard: wartujemy panowie!!! Baczność kuurwa! Spocznij kuurwa! Sierżancie, wyznaczcie warty kuurwa! Ja się poświęcę i osobiście przypilnuję JTZL „oll-bar” kuurwa!
I przy okazji porozmawiałem sobie z MOraczem, który pojawił się rano w raz z ładunkiem świeżutkich podręczników NS 1.5. Ładne, poprawione... aż wstyd nie kupić:).
Właściwie to wyszliśmy dopiero wieczorem na poszukiwanie dwóch dezerterów. Wreszcie dostałem uzupełnienia: drużyna 1:1 po śmierci Ezekiela została bez dowódcy i 6 ludzi poszło pod moją komendę... dodatkowo otrzymałem nowego medyka (ten się okazało przeżył najdłużej z trzech medyków jakich miałem). Teraz już tworzyliśmy porządną drużynę: ja (porucznik GSP_Dibbler) i 10 żołnierzy. Wypas. Ponadto na czas misji przejąłem dowodzenie nad drużyną 1:2. Łącznie 18 ludzi, hihihi. Tak oto poszliśmy w Neodżunglę w poszukiwaniu dwóch dezerterów.
A spotkaliśmy kogoś lepszego: przerobionego Łowcę, który zamiast walczyć wręcz walił ze snajperki, dlatego nazwaliśmy go Lowcą w wielkim Łesie. W końcu nie mógł być takim zwykłym łowcą, więc został Lowcą. No i to był fajny event. Rozdzieliliśmy się wcześniej na dwie drużyny, żeby przeszukać więcej terenu i wtedy zaatakował Lowca. Masakra. Nie wiedzieliśmy skąd strzela, chowaliśmy się, czatowaliśmy, zastawialiśmy pułapki... aż w końcu, po bohaterskim szturmie (poprzedzonym przypadkowym ostrzelaniem sojuszniczej drużyny... no comment) przez odkryte pole na pozycję ukrytego snajpera (jakkolwiek głupio by to brzmiało, ale nie mieliśmy już wyboru) udało nam się zaciukać frajera. To były klimatyczne podchody... uff. Na szczęście nie było strat w ludziach, tylko kilku rannych. No i widać kto dowodził, nie?! Straty własne 0 przeciwnik 1. To mógł być tylko Dibbler.
Zdać raport przed majorem Blachą i udać się na zasłużony odpoczynek w... wy już dobrze wiecie gdzie:).

J23 zgłoś się, czyli dzień czwarty i koniec terenówki:
Od razu może zaznaczę, że jeszcze wieczorem dnia trzeciego Ezekiel wtajemniczył mnie w plan zdobycia obozu. Oczywiście jego postać nie żyła, ale przekonał Kuglarza, by pozwolił mu grać hegemonistą, który ma ochotę na Posterunek:).
Plan był taki: większa część mojej drużyny dezerteruje (ta część z byłej drużyny 1:1, którą dowodził Ezzu), ja zostaję w obozie i dowodzę wartami, oraz dostarczam informacji Ezzowi i jego ludziom. Oni robią szturm w odpowiednim momencie, ja się ujawniam i wyżynamy razem wartowników - proste. Szczególnie, że jeden z moich ludzi zachorował, a drugi zmarł w evencie, do którego zgłosił się na ochotnika... no fajnie. Po tych dezercjach, śmierciach i innych chorobach miałem dwóch ludzi.
Musiałem pogadać z kapitanem Gremem, żeby mnie zostawił z tymi dwoma ludźmi w obozie na warcie, bo nie przydamy się do niczego innego - to było akurat łatwe. Później informowałem przez komórkę chłopaków, co i jak w obozie:
-Drużyna techników wyszła szukać chemikaliów, drużyna 1:2 dostała rozkaz znaleźć was i wybić do nogi, jest ich ośmiu, kapitan Yendrek poszedł z technikami, w obozie jest dwóch moich wartowników, jeden technik i Grem - planują umocnienia obozu, moi ludzie siedzą przy JTZL „roll-bar”, a Grem i technik w sztabie, major nie żyje - zabity w eksplozji bomby pułapki, droga wolna chłopaki - (To ostatnie wymaga wyjaśnienia: major Blacha został rozerwany przez bombę ukrytą w misiu pluszowym :).
I w ten deseń. Cały plan był przygotowany znakomicie, do najmniejszego szczegółu... Ale to znaczy, że jakiś błąd musiał być: Ezzu i jego ludzie spalili podejście do obozu. Mój wartownik ich zauważył i zaczął walkę. Ezekiel go zranił, ale w tej chwili jest moja aktywacja, bo jestem porucznikiem i dowodzę. Jakie było zdziwienie moich ludzi, kiedy wyjąłem granat i podtoczyłem go pod ich nogi... ojjj, dla takich chwil się żyje. Buahahaha!
Później MOracz wpisał mi się do podręcznika NS 1.5: „za dywersję” HA! Niestety po chwili wyszedłem na poszukiwanie drużyny 1:2, co by wciągnąć ich w zasadzkę, ale spotkałem i techników, i 1:2, i jeszcze kilku mutków, którzy wiedzieli, żem zdrajca, sabotażysta i dywersant. Zginąłem, więc chwalebną i epicką śmiercią - rozerwany na strzępy własnym granatem podczas próby zabicia jak największej ilości wrogów. Ostro było. Jestem z siebie dumny.
No i już wiadomo, czemu mutkom się nie ufa... Na odstrzał ich.
W kilka godzin później terenówka się skończyła. Możecie wypatrywać oficjalnej storylinii, w której będą opisane skutki tej całej imprezy. Moja postać nazywała się Mark Colloney (porucznik, oczywiście). Możliwe, że będę sławnym na całą Polskę zdrajcą, dywersantem i sabotażystą... ehh, to jest to. Wypas).
Wpływ tej terenówki na storylinię jest mniej więcej taki: zaostrzenie stosunków między Posterunkiem i Hegemonią, rozpad luźnego sojuszu i wycofanie się na jakiś czas Posterunku z rejonu działań SMARTA.
Ale wracając do tematu - dzień się skończył zwyczajowo: w JTZL „roll-bar”, gdzie rozprawialiśmy i dzieliliśmy się wrażeniami z zakończonej, wypasionej terenówki.

Coś się kończy, coś się zaczyna - dzień piąty (i szósty, i siódmy...):
Skończyła się terenówka i zaczął standardowy (powiedzmy) konwent. Prelekcje, turnieje, granie, LARPy... Ogólnie trochę miesza mi się kolejność tych ostatnich dni i proszę wybaczyć ewentualne błędy czasoprzestrzenne. Opowiem to co zapadło mi najbardziej w pamięć.
Najpierw LARP alienowy. Dla tych co nie wiedzą co to jest: idzie w teren kilku (w naszym przypadku 9) marinów i X alienów. Marini mają swoją misję, a alieny mają wyrżnąć marinów. Marin, żeby zabić aliena musi w niego wycelować broń i powiedzieć: „strzelam! strzelam! strzelam!” a alien wystarczy, że dotknie marina. A teraz sobie wyobraźcie, że jest środek nocy, ciemno jak w dupie, na 9 osób jest jedna latarka, droga jest szeroka na 2 metry, a na skraju od razu zaczynają się chaszcze i pokrzywy. Fajnie? Dla alienów nie. Okazało się, że zostaliśmy najskuteczniejszym oddziałem marinów w historii tego LARPa: zginęło dwóch marinów na około 35-50 alienów (alieny mają respawn) i wykonaliśmy zadanie. Przejście jednego kilometra zajęło nam prawie 3 godziny, ale udało się. Czemu? Hihihi. Wprowadziliśmy pewne urozmaicenie: formację nazwaną Wagonikiem (którą wymyślił skromny, niżej podpisany autor tejże relacji).
Formacja okazała się być nieoczekiwanie skuteczną: nie zginął nikt z tych, którzy tę formację tworzyli. Jak ona wyglądała? Ha! Ktoś rzucał okrzyk: „poczuć pośladki towarzysza” i formowaliśmy podwójną linię zwróconą do siebie plecami i poruszającą się bokiem. Na przód szedł tzw. reacon, który miał latarkę - zginęło dwóch reaconów jedynie :). Jak to powiedział Ezzu: dzięki odwadze, honorowi i skłonnościom homoseksualnym wygraliśmy tego LARPa. Proszę się nim nie sugerować, ja tam uważam, że wygraliśmy, bo po prostu jesteśmy debeściaki z Orbitala.
Ale zostawmy LARPa. W sumie to w ciągu trzech dni byłem na kilku całkiem fajnych prelekcjach. Najlepiej wspominam tą o fanowskim projekcie Euroshima i „Blaszaną” prelekcję zatytułowaną „Dlaczego nie lubię postapokalipsy” (oczywiście prowadził Blaszak). Na pierwszej dowiedziałem się nieco o ES i muszę powiedzieć, że jestem przychylnie doń nastawiony. Na drugiej Blaszak postawił niemożliwą do obrony tezę, ale (o dziwo) jakoś się wybronił... mniejsza o to, bądź co bądź wywiązała się gorąca dyskusja, co Blaszaka jedynie bawiło, bo pięknie podpuścił wszystkich mówiąc: „postapokalipsa sama w sobie nie zawiera niczego fajnego i dlatego musi kraść z innych gatunków”. Musiał mieć ubaw jak wszyscy skakali i wściekali się...
O czym jeszcze mogę opowiedzieć? No w sumie to by było wszystko z tego co zapamiętałem. Niestety musiałem jechać do domu siódmego dnia konu i opuściło mnie kilka perełek w stylu wyborów miss brudnego podkoszulka. No trudno się mówi. Jedno jest pewne - za rok jadę znowu. Jak się uda to pojawię się też na Tornado ver. 3,5.
Na zakończenie chciałbym pozdrowić wszystkich znajomych, z którymi się bawiłem, gadałem, grałem, piłem i wojowałem z Molochem, SMARTem, mutkami i hegemonistami... Nie wyliczę wszystkich, bo dużo by ich było:).
Aha... jeszcze zapomniałem opowiedzieć o swoim piciu wódki z gwinta... no, ale mógłbym naruszyć czyjeś poczucie estetyki, więc zamilczę :).
A teraz... Baaaczność! Prezentuuj, broń! HAIL TO THE GUNSHIP!!!

Autor: GSP_Dibbler.
Korekta: Driden.
komentarz[8] |

Komentarze do "Tornado^3"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Kerm
Engine by Khazis Khull based on jPortal


   Sonda
   Czy ewolucja idzie w dobrym kierunku?
Jasne, tylko tak dalej.
Nie mam zdania.
Nie wszystko mi się podoba, ale
Nie widzę potrzeby.
To krok wstecz.
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Bogowie greccy
   Fantasy jako ...
   Apokalipsa 20...
   Przeznaczenie
   Wilkołaki
   Bogowie grecc...
   Legenda o kró...
   Chupacabra
   Egipscy Bogow...
   Inspiracje ku...

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.018205 sek. pg: