..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Menu

   » Recenzje

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

Wojownik



W końcu. Spełnienie moich marzeń. W końcu stoję wraz z moimi towarzyszami naprzeciw armii najeźdźcy, który panoszy się po ziemiach mojego pięknego kraju. Stoimy przed nimi w sile dziesięciu tysięcy zbrojnych. Ich jest zaledwie siedem tysięcy. Jestem cały podekscytowany! Czemu to tak długo trwa? Ja chce już wyżynać tych bezbożników.

Trąba. Słychać wszechobecne "HURRAAA!!!". To w końcu ten moment. To w końcu ten czas. Czas bohaterów. Biegniemy. Wszyscy razem. Wyciągam miecz. Gotuję tarczę. Jeszcze tylko kilkanaście metrów. Jak ciężko się biega w tej kolczudze. Dobrze, że nie mam całkiem zakrytego hełmu, bo bym się udusił. Zresztą i tak mało widzę.

WŁÓCZNIA! Uf, było blisko, ale ominąłem. Zderzam się z ich pierwszym szeregiem. Jak na dzikusów trzymają się twardo. Czuję straszliwy napór ludzi z tyłu. Zaraz mnie zmiażdżą! Boże pomóż!

Co to? Czyżby Bóg mnie wysłuchał? Opór puścił. Udało mi się przedrzeć. Zabiłem go! Niech zdycha wszawa kanalia! Ten atakuje. Jak boli ramię, gdy ten uderza swym toporem. Pchnięcie. Leży. Jezu ich jest coraz więcej. Atakuję! Nie poddam się! Widzę chorągiew. To dla niej walczę. Dla obywateli.

Jezu, czemu walka jest taka straszna? Zabiłem, już pięciu. Oni się sami mnożą, czy co? Jest ich jakby coraz więcej. Ja już nie chcę walczyć. Chcę do obozu. Do ciepłego namiotu. Do piwa i dziwek. Nie dekoncentrować się. Wszędzie pełno pyłu, krwi, słychać okrzyki agonii. MATKO PRZENAJŚWIĘTSZA!
W ostatniej chwili uskoczyłem przed mieczem. Teraz tylko zamach i kolejny leży. Obronił się. To może pchnięcie. Odskoczył, ripostuję. Co ja bym zrobił bez tarczy? Odsłonił się. Teraz tylko wystarczy... AAA!!! Jak piecze! Czuję jak coś ciepłego leje mi się spod pachy. Czemu na jego mieczu jest krew? Przecież to moja krew! Boże, ja nie chcę umierać. Padam na ziemię. Obok pełno trupów. Zapach krwi. Zapach śmierci. Jak oni strasznie wyglądają, jak tak leżą ze zmasakrowanymi ciałami, otwartymi oczyma.
Te oczy. Takie zielone. Głębokie. Ufne. Widać, że umarł niespodziewanie. Nie widać w nich tego strachu co u innych. Archaniele Michale, czy musi tak strasznie piec? Ja nie chcę umierać. Czemu ja chciałem iść na tą głupią wojnę? Na co to komu? Mogłem zostać w domu. Z żoną Elisabet, z córeczką Józefiną. Patrzeć jak zaczyna chodzić. Jak mówi pierwsze słowa.
Nie deptajcie mnie! Ja jeszcze żyję! Czemu wszystko staje się takie zamazane?
Już tak bardzo nie boli. Już nie boli...

***

Odejdźcie ode mnie! Puśćcie mnie! Skąd się wzięły te ręce? Takie zimne. Czemu wszędzie jest tak ciemno i zimno? Boże mój! Przecież to ten, którego zabiłem! I ten też. Zostawcie mnie! Bierzcie te ręce! PUŚĆCIE MNIE! Muszę uciekać! Biec! Jak najdalej. Jak najszybciej. Oni mnie gonią. Jezusie Nazarejski, to kolejni. Idą z wyciągniętymi do mnie rękoma. Muszę uciekać. Czemu oni są tacy blado-szarzy? Po co snują tę swoją żałosną pieśń? A może to nie pieśń? To brzmi jak jakieś jęki. Jęki trupów? Zostawcie mnie. Upadam. Muszę wstać! Nie mogę. Oni nadchodzą. Próbuję się podnieść. Już prawie wstałem. Oni mnie złapali. Puść! Puść mówię!
Co on mówi... Tak jakby to nie on. "Jesteś w szpitalu, obudź się... to tylko koszmar...". O co tu chodzi?

Otwieram oczy. To był tylko sen. Jestem w jakimś namiocie. Mam zabandażowaną rękę. Nie mam siły się podnieść. Nie mam siły się nawet odezwać. Nade mną ktoś stoi. Jakiś stary dziad z pustym, pozbawionym złudzeń, smutnym wzrokiem. "Wyliżesz się" - mówi.
Czemu te powieki są takie ciężkie...

***

Oczy... Zielone oczy. One się na mnie patrzą. Dookoła tylko śmierć. Na wojnie nie ma bohaterów. W oddali jakieś dziwne istoty z kosami zbierają coś wśród zwłok. Błękitny, jakby cieniutki materiał w formie nici, które zjadają. Ciekawe, kto to? Pewnie biedacy jacyś żywią się prowiantem dzikusów. Boże, jakie maniery. Przy każdym kęsie wyją przeciągle.
Oczy... Biedaczyna. Dostał chyba toporem w głowę. JEZU, ONE MRUGAJĄ! Jak to możliwe? On porusza ustami. Co on mówi? Coś jakby: "Co się gapisz?" Niemożliwe. Przecież on nie żyje. Wszystko się zamazuje. Nadchodzi mgła? Coś spływa mi do gardła. Jakie to obrzydliwe. Staram się wypluć płyn. "Musisz to zjeść, lub umrzesz" - zdaje się mówić jakiś głos. Co? Ach, tak, przecież jestem w szpitalu polowym. To był tylko kolejny sen. Daję się karmić. Jestem słaby. Bardzo słaby...

***

Znowu leżę na tym przeklętym polu bitwy. Ci ubrani na czarno biedacy z kosami są coraz bliżej. Pewnie z tamtej strony jest ich wioska. Wszędzie jest pełno krwi. Jak ja tej wojny nienawidzę. Wszędzie leżą śmierdzące zwłoki. Pełno karmazynowego błota. W oddali słychać jęki umierających. A ta hołota ciągle wyje. Jakby nie wystarczyło to, że mają darmową ucztę, muszą jeszcze tak przeraźliwie wyć. Ciekawe, skąd mają takie dziwne szaty? Jakby mnisie. Z kapturami.
Nie mogę wstać.

Budzę się. To znowu sen? Powieki są takie ciężkie. Podniosę je, dam radę. Widzę dwóch ludzi, pomiędzy nimi coś, jakby nosze, ale przecież na nich nie ma rannych tylko jakieś duże worki kartofli. Czemu temu workowi opadła ręka? Nie wiem. Nie mam teraz siły na filozofie.

***

Jak ten plebs jest już blisko mnie... Chyba nie mam nic drogocennego, co mógłbym stracić. Przecież i tak oni kradną tylko te dziwne nici, które zjadają. Czy oni muszą tak strasznie wyć? Znowu te oczy. One się patrzą. One się poruszają. Teraz jestem pewien, że one mrugają. Już nie jest to taki straszne jak przedtem. Ciekawe, co teraz robi moja kochana Anna? Jak strasznie za nią tęsknię. Te tutaj, z obozu, nie mają z nią żadnych szans w łóżku. Dobrze chociaż, że ten jej przygłupi mąż przez większą cześć roku siedział w kopalni i mogłem ją często odwiedzać. Miała takie cudowne ciało. Ale... przecież... to ona. Oczywiście. Nikt nie ma takich krągłości jak ona. Staje przede mną, na łące. Co to? Czemu jej ciało zaczyna się pokrywać jakimiś bliznami? Boże! Pojawiają się jej zmarszczki. Z nosa i oczu zaczyna lecieć krew. Jej piękna skóra staje się szara. Każdy cal jej cudownego niegdyś ciała, teraz pokrywają setki blizn, z których ciągle sączy się krew. Jak ona śmierdzi!

Znikła. Jaka ta trawa niewygodna. Całe plecy mnie bolą. Jakbym miał odleżyny. Przecież to nie jest łąka tylko znowu ten szpital od siedmiu boleści. Mam mokre łóżko. Znając życie namiot przemaka. Czemu nie jestem już zdrowy. Co tu tak śmierdzi? Jakby moczem? Nie wiem. Mam dość, muszę się przespać.

***

Boże, Ci wieśniacy już są prawie przy mnie. Jeden się tu zbliża. Jak on dziwnie chodzi, tak jakby płynął w powietrzu. Ma czarny habit, i dużą kosę w prawej ręce. Strasznie blada dłoń. Pewnie jest niedożywiony, skoro musi szukać jedzenia nawet na pobojowisku. Nie widzę jego twarzy, kaptur zasłania wszystko. Widać pod nim tylko czerń. Przepastną, głęboka czerń. Ale co to? On wyciąga do mnie rękę. Ja nic nie mam do jedzenia. Wyciąga do mnie swoją lewa dłoń, która składa się chyba tylko ze skóry, kości i zapuszczonych paznokci. Ma takie strasznie długie palce. Po co on kładzie je na moich oczach. To boli. Jakby wyrywał mi oczy! Ciągnie za nie. Boli, jakby wyrywał mi duszę. Wstaję. Widzę całe pole bitwy. JEZU CHRYSTE! Widzę własne zwłoki! Co się dzieje? To boli. Boli tak strasznie, że aż wyję z bólu. Widzę zęby! Okropne, nierówne, żółte zęby. W jego otwartej paszczy widać tylko ciemność. Nic więcej. On mnie tam wkłada. Jak to boli! Nie jedz mnie. Jak tu ciemno! Ciemno...

***

Stoję. Dookoła, oprócz niewielkiego strumienia światła nade mną, jest ciemno. Czuję twarde podłoże, jakby z kamienia. Przed sobą widzę postać. Siedzi na wielkim kamieniu. To najprawdopodobniej, według większości kobiet, najbardziej przystojny mężczyzna tego świata. Ma czarne skrzydła i dziwnie ułożoną fryzurę. Jakbym był głupi, mógłbym pomyśleć, że to rogi. Za nimi zwisają do ramion kruczoczarne włosy. Mężczyzna jest ubrany w czarną przepaskę. Z pasem materiału zwisającym z tyłu, wygląda jakby miał ogon.
Nie mam ran. Jestem czysty, ubrany w mój najlepszy strój. "Gdzie ja jestem?" - pytam. "Długo na ciebie czekaliśmy, mości rycerzu. Długo się opierałeś przed przyjściem do mnie" - odpowiedział nieznajomy. Wykonał gest ręką, pokazując, gdzie się mam udać i dodał - "Mefistofelesie, zapewnij odpowiednie wygody naszemu zasłużonemu podopiecznemu."


Autor: PoPoT
Korekta: Saraj
komentarz[11] |

Komentarze do "Wojownik"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Kerm
Engine by Khazis Khull based on jPortal


   Sonda
   Czy ewolucja idzie w dobrym kierunku?
Jasne, tylko tak dalej.
Nie mam zdania.
Nie wszystko mi się podoba, ale
Nie widzę potrzeby.
To krok wstecz.
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Bogowie greccy
   Fantasy jako ...
   Apokalipsa 20...
   Przeznaczenie
   Wilkołaki
   Bogowie grecc...
   Legenda o kró...
   Chupacabra
   Egipscy Bogow...
   Inspiracje ku...

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.061605 sek. pg: